11 Lis

Święta prowda, tyż prowda i…

władca_lalek

Ksiądz Józef Tischner zwykł mawiać: „Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: święta prowda, tyż prowda i gówno prowda.” 

O tym, ile mądrości i ile prawdy jest w słowach księdza Tischnera, przekonać się można słuchając słów Burmistrza. Oto, w jaki sposób uzasadniał fakt, że miasto musi dopłacać do kompleksu rekreacyjnego „Atol”. Rzecz dzięje się w ratuszu podczas październikowej sesji Rady Miasta (29 października 2013, godz. 14:26)

„Kiedy w końcu przestaniemy dopłacać do aquaparku? Otóż, proszę Państwa: NIGDY […]. Ja przewiduję, że dofinansowanie roczne do kompleksu rekreacyjnego Atol […], będzie mieściło się w granicach między 800 tys., a 1 milion złotych i jeśli nie przekroczy tej kwoty, to trzeba powiedzieć, że gospodarka finansowa, że dbałość o koszty i wydatki prowadzona jest w sposób należyty i ciągły.”

I dalej Pan Burmistrz ciągnął swoją wersję swojej historii:

„Trzeba mieć świadomość, że uruchamiając Dom Spotkań z Historią, trzeba będzie dołożyć do jego funkcjonowania prawie 400 tysięcy. Uruchamiając halę sportową, trzeba było dołożyć prawie 800 tysięcy do funkcjonowania. Że uruchamiając ścieżki rowerowe i stawy, dzisiaj jest dołożenie na poziomie trochę ponad 100 tysięcy, ale tylko dlatego, że w ramach umowy, jest konserwacja jeszcze przez trzy kolejne lata. Takie są koszty funkcjonowania.”

Pan Burmistrz wypowiadał te słowa z takim zaangażowaniem, z taką pewnością siebie, że radni nawet nie śmieli mu przerywać. Spijali słowa z jego ust, zwłaszcza ci, należący do tzw. „Porozumienia Radnych”. Nie wiem o czym wówczas myśleli, ale ich posępne oblicza zdawały się mówić: „Dobrze Szef mówi! ŚWIĘTA PRAWDA!”

Cóż… Gdyby dalej trzymać się góralskiej teorii poznania, opowieść Burmistrza możnaby zaliczyć co najwyżej do kategorii „TYŻ PROWDA.” Dlaczego? Bo Pan Burmistrz – Nieomylny – by osiągnąć swój cel i przekonać radnych o tym, że Atol jest prawidłowo zarządzany, celowo przemilczał kilka ISTOTNYCH faktów…

Mianowicie:

1. Dom Spotkań z Historią będzie podlegał Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej; hala sportowa jest zarządzana przez Miejski Ośrodek Kultury i Sportu. Zarówno biblioteka, jak i MOKiS są INSTYTUCJAMI KULTURY w rozumieniu ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, za pomocą których Miasto Oleśnica realizuje swoje zadania własne, określone przez ustawę o samorządzie gminnym (artykuł 7. tejże), a zakres i profil  ich działalności regulują ich statuty nadane im przez Radę Miasta Oleśnicy. Lwią część środków finansowych tych instytucji stanowią dotacje z budżetu miasta. Tymczasem OKR „Atol” jest SPÓŁKĄ Z OGRANICZONĄ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ, w rozumieniu kodeksu spółek handlowych, w której 100% udziałowcem jest Miasto Oleśnica. Zatem już samo porównanie samorządowych instytucji kultury do spółki kapitałowej jest równie „trafne” i „skuteczne”, co porównywanie… Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej do eleganckiego klubu golfowego. Dla pierwszego pomoc społeczna jest działalnością statutową, dla drugiego – ewentualna działalność charytatywna to tylko wynik dobrej woli szefostwa. I tylko jeden z nich prowadzi działalność dochodową. I bynajmniej nie jest to MOPS…

2. O ile instytucje kultury wcale nie są instytucjami nastawionymi wyłącznie na dochód (chociaż owszem, niektóre mogą przynosić organowi prowadzącemu całkiem spore zyski), to już spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, jak każdą inną firmę, zakłada się po to, by po pewnym okresie dokapitalizowywania, zaczęła przynosić dochód. Tymczasem od Burmistrza dowiadujemy się, że jedyny udziałowiec spółki takich oczekiwań nigdy nie miał, nie ma i mieć nie będzie! Pan Prezes Atola ma komfortowe warunki pracy; nie musi się o nic martwić, bo Pan Burmistrz zapewnia, że miasto będzie ZAWSZE dopłacać do działalności Atola. Fajnie, prawda?

3. Może i pamięć mnie zawodzi, ale w 2006 roku, gdy powstawała spółka „Atol”, nikt nawet nie wspominał o stratach. Teraz, gdy strata sięgła 1 miliona złotych, dowiadujemy się, że TAK MA BYĆ, bo Pan Burmistrz liczył się ze stratami od samego początku! Natomiast warto przypomnieć, że rok 2006 był rokiem wyborów samorządowych – wówczas mówić o stratach „Atola” po prostu nie wypadało…

W ustach polityka, ostrożnie dawkowana prawda może stać się narzędziem do osiągania konkretnych celów. Zwłaszcza, gdy słuchaczami są nigdy niczego nieświadomi radni. Tacy są wyjątkowo podatni na manipulację…

30 Paź

Polityka jest brudna

Polityka jest brudna. Zwłaszcza ta w wydaniu partyjnym. Od co najmniej kilku lat daje się zauważyć, że gdy w grę wchodzą wybory, referenda, władza, wówczas strony nie przebierają w środkach. Hitem są tzw. „taśmy prawdy”.

PO1fdc41f71937361fee2c7240ce8aaabe
źródło: wPolityce.pl

Taśm prawdy było już wiele: taśmy Beger, taśmy Oleksego, taśmy PSL, taśmy PiS. Od poniedziałku w całym kraju huczy od taśm Platformy Obywatelskiej. Wygląda na to, że wszelkiego rodzaju taśmy weszły już na stałe do kanonu metod stosowanych przez partie polityczne – od prawa do lewa; od lewa do prawa…

Żenujące jest to, co się na tych taśmach pojawia, czyli kupczenie stanowiskami na zasadzie „ja zrobię cię prezesem, a ty będziesz mi dozgonnie wdzięczny”. Żenujące jest to, do jakich metod uciekają się politycy z wyraźnie przerośniętymi ambicjami, by zapewnić sobie polityczne poparcie. Żenujące jest to, że niektórzy politycy dużo większą uwagę zwracają na to, DLACZEGO i W JAKI SPOSÓB tego typu taśmy docierają do opinii publicznej, niż na patologie, których są dowodem. I wreszcie najbardziej żenujące jest to, że do tej pory chyba jeszcze żaden bohater żadnej afery taśmowej nie poniósł żadnych konsekwencji…

Kiedyś jeden z lokalnych platformersów próbował mi wyjaśnić, że polityka to gra zespołowa… Teraz wiem, co miał na myśli: jeden drugiemu obiecuje pracę w zamian za poparcie, a trzeci ich nagrywa. I wszyscy są szczęśliwi. Do czasu…

1 Sty

Noworoczne postanowienia

Nie cierpię tzw. „sylwestra”. Idea hucznego żegnania starego i witania nowego roku jest bez sensu i stanowi wygodne wytłumaczenie zabawy do upadłego. Z czego tu się cieszyć? Że jesteśmy już starsi, nasze samochody też, żony – nie inaczej, że znowu podejmiemy idiotyczne postanowienia, których nie będziemy w stanie dotrzymać? Nic dziwnego, że od dwóch dni humor mam wisielczy. Na szczęście zawsze można liczyć na radosną twórczość: i swoją, i cudzą.

Zwykle – od kiedy piszę bloga, czyli od kilku już lat – podsumowuję miniony rok w formie comiesięcznego raportu. Roku 2011 nie podsumuję – mam kilkumiesięczną przerwę w redagowaniu tej strony, nie będę więc nadrabiał zaległości w jednym felietonie. Albo w jednej notce. Albo w nie wiem czym: jak wynika z lektur prawdziwych felietonów, publikowanych na prawdziwych portalach, aby w oczach zafascynowanych wyznawców zostać uznanym za prawdziwego felietonistę należy klecić zdania wielokrotnie złożone, nie uciekać od fikuśnych figur retorycznych, a najlepiej nabyć księgę sentencji łacińskich i stosować je w sposób nieoszczędny. Następnie pisać o prawdach powszechnych i uniwersalnych w taki sposób, aby w każdej sytuacji chlastać władzę. Jakąkolwiek.

Postanawiam więc swoje zdania wielokrotnie złożone składać jeszcze bardziej, zastąpić łacinę podwórkową jej szlachetną siostrą i dosrywać każdemu z byle powodu, tłumacząc spijającym z ekranu monitora każdą literę tekstu dlaczego dosrywamy i z jakiego powodu mamy rację. Bo mamy zawsze i nie wolno nam w to nigdy zwątpić.

Postanawiam też podążać za modą pisania nawet wtedy, kiedy nie będę miał nic do napisania. Ten tekst jest właśnie tego przykładem.

Postanawiam wyprzedzać trendy medialne. Dlatego tak modne i powszechne, jak się okazało, alfabety, będę publikować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Teraz już wiem, czemu swój napisałem latem. To się nazywa „antycypacja”. Drugiego pisał nie będę, wszystko nadal jest aktualne.

Postanawiam bez litości wypominać wszystkim wszystko, łajać za zaniedbania, za poprawę łajać po dwakroć, bo nie dość, że musiało do niej dojść – ergo – było zaniedbanie (uwaga: wtrąciłem łacińskie słówko!), to jeszcze z pewnością ta poprawa nie jest wystarczająca. Jak sala – za niska. Jak basen – za płytki. Jak lodowisko – za małe, bo jakby na ten przykład jakaś drużyna z NHL chciała przyjechać z Ameryki akurat do nas żeby sobie pograć w hokeja, to by nie mogła. Przez oczywiste zaniedbania!

Chwała Bogu, ja nie umiem realizować noworocznych postanowień.

Oleśnica jest najlepszym miejscem do życia jakie znam. Pełnym uroku i możliwości. Trzeba mieć wyjątkowo złą wolę, by tego nie dostrzegać. A władza? Są wybory i można się wówczas wypowiedzieć, optując za zmianą albo konserwacją rzeczywistości.

Jasne, że głupota decydentów boli. Że mnóstwo rzeczy można zrobić lepiej. Szybciej. Rozsądniej i inaczej. Innych rzeczy nie robić w ogóle. Że relacje służbowo-towarzyskie i koalicyjno-samorządowe zależności powodują zarzuty o braku kompetencji w tych kręgach, które muszą być fachowe, a nawet – wyrachowane.

Wiele się na pewno kiedyś zmieni.

Nie wolno jednak dać się podzielić frustratom, którzy odkryli w sobie poczucie mesjanizmu. Takich ludzi po prostu się boję, a ich fanatyzm powoduje wyłącznie konsolidację zwolenników obecnego układu władzy. A to źle. Fatalnie będzie wtedy, gdy oleśniczanie bez wyraźnych przekonań politycznych nastawią się negatywnie do każdego, kto nie jest związany z dzisiejszą władzą, bo będzie utożsamiany z oszołomstwem.

Mimo wszystko – udanego roku!

11 Gru

A gdzie delfiny?

W zasadzie miałem opublikować felieton o tym, o czym wszyscy już zdążyli napisać. Nawet go napisałem, jednak w związku z wykonywanym zawodem nie mam komfortu bieżącego aktualizowania bloga. W przeciwieństwie do innych tzw. „komentatorów”, których z każdym dniem jakby więcej.

Korzystając z przypadającej na początek grudnia rocznicy urodzin Stanisława Barei, wysmarzyłem smakowity paszkwil odnośnie bareizmu w czystej postaci, który cudownym zrządzeniem losu przetrwał w Oleśnicy i ejakulował na ostatniej sesji Rady Miasta podczas dyskusji o tak zwanej etyce w mediach.

Jest prawdą powszechnie znaną, że dyskusje prowadzi się na tematy ważkie, które są bliskie dyskutantom. Na tematy, w których dyskutanci są ekspertami, mając jednak odmienne zdania. Dyskutują zatem, by przekonać rozmówców do swojego punktu widzenia, lub przyjąć stanowisko interlokutora, gdy okazuje się, że jest ono właściwsze.

W Oleśnicy dyskusja odbyła się w taki sposób, że została zamknięta, ergo, część dyskutantów mogła nie mieć pojęcia o co chodzi. Mam paskudne wrażenie, że nie był to pierwszy raz.

Mimo braku dyskusji przystąpiono do głosowania nad przyjęciem stanowiska o tym, że jak media dopuszczają do publikacji złych treści, to, cytując klasyka, „nawołują do działań typu Libia”, „żeby zabić” i w ogóle „takich Brejwików” mogą w Oleśnicy wyhodować. I – żeby nie było – ja się z tym absolutnie zgadzam. I świetnie, że nasza RM tak potępia oczywiste zło.

Niestety – Rada Miasta nie jest konsekwentna.

A wojny?

A głód na świecie?

A polowania na delfiny?

W świetle strzelistego tekstu stanowiska RM, przepojonego troską i humanizmem, stanowiska godnego wyrycia w kamieniu, odlania w brązie czy wypalenia laserem w platynie, brak chociażby wzmianki o trzebionej populacji delfinów, głodujących dzieciach czy ofiarach wojen, uważam doprawdy za małostkowe.

I tak sobie pisałem, błyskotliwie łącząc wątki o podwyżkach podatków dla ludności i poborów dla urzędników, stosując przy tym jakże elokwentną paralelę o kawałku obwodnicy nad stawami, gdy kot nalał mi na laptopa i tekst diabli wzięli. Ale przede wszystkim inni już to dokładnie opisali.

Opisywali wielokrotnie, bo wiele miejsc do tego obecnie mamy. Uczciwie wyznam, że po lekturze części komentarzy np. na portalach „MO” i „TO” (tak niektórzy skracają adresy kilku serwisów), pełne ich nazwy podświadomie rozwijają mi się w stylu „Mam Obsesję” czy „Tutaj Obsrywamy”. Za co oczywiście przepraszam wszystkich, którym się wydaje, że to właśnie ich dotyczy.

A skoro mam takie urojenia, to może stanowisko RM jest jednak uzasadnione? No, kto wie.

Tylko czemu, do cholery, nasi radni nie bronią delfinów???

11 Lis

11.11.11. Świątecznie i krótko.

Był taki czas, kiedy święta państwowe w Oleśnicy obchodzono z należytą celebrą, z uczestnictwem całych rodzin. Przed pomnikami, pod którymi mieszkańcy składali kwiaty, defilowali żołnierze. Państwowe flagi łopotały wciągane na maszty przy dźwiękach hymnu. Oleśnica rozkwitała i zarządzali nią ludzie cieszący się szacunkiem mieszkańców.

Nie, to nie fantastyka. Tak było. Nie dodałem tylko, że większość oleśniczan mówiła wówczas po niemiecku.

Rok temu Dzień Niepodległości w Oleśnicy wyglądał wreszcie tak, jak powinno przebiegać radosne święto. Mnóstwo ludzi zgromadziło się na Placu Zwycięstwa. Wojsko ustawiło maszt, na który przy Mazurku Dąbrowskiego wciągnięto biało-czerwoną flagę. Tłumy dzieci z zachwytem oglądały (i zwiedzały!) sprzęt wojskowy i strażacki. Były wspólnie śpiewane pieśni. Rozdawaliśmy balony, chorągiewki, a kto chciał, mógł pomalować sobie twarz w barwy narodowe lub oleśnickie. Było tak, jak być powinno. No, prawie, bo zamiast pod polskim pomnikiem, z okazji odzyskania niepodległości kwiaty składano pod pruskim. Taka oleśnicka tradycja.

Oczywiście był to szczytowy moment kampanii wyborczej, stąd wizyta prezydenta Dutkiewicza i marszałka Łapińskiego. Jednak armia i inne służby w wyborach nie startowały, a Dzień Niepodległości przygotowały pięknie. Krótkie przypomnienie tamtego dnia:


Rafał Dutkiewicz na Pl. Zwycięstwa – tu na fotografii W. Mazurkiewicza w otoczeniu przyjaciół z Dla Oleśnicy. I ułanów!


Na specjalny maszt podczas hymnu wciągnięto flagę.

Dzisiaj Plac Zwycięstwa, serce oleśnickich uroczystości sprzed roku, wyglądał tak:


Nawet nie było flag. Może i dobrze, bo należy je podnosić z należytym szacunkiem.

Nie wiem czego po stronie organizacyjnej zabrakło, że nie było jak w listopadzie 2010. Owszem, pieśni śpiewano, kwiaty składano, była asysta wojska i cały podniosły ceremoniał z salwami i przemówieniami. W sumie nie ma się czego przyczepić, poza tym, że rocznicę wyzwolenia urzędowo celebrujemy pod cudzym monumentem. Oczywiście ma to pewien wymiar symboliczny, ale wolałbym świętować polskie święta pod polskim pomnikiem. I dlaczego nie na Placu, nomen omen, Zwycięstwa?